Rozdział 2



Schodząc tak w dół po omszałych kamiennych stopniach ujżał widok,
którego nie znał nawet z najgorszych koszmarów!!!
Ludzki szkilet kompletnie odarty z ciała dzierżąc potężny topór w
dłoni idzie w jego kierunku sycząc - "Jestem głodny! Ciągle głodny!
Chodź tu".
Ryceż chciał zawrócić i wziąć nogi za pas zmiarkował, że szkielet
jest o wiele szybszy od niego i nie pozwoli mu umknąć.
Jak skutecznie ugodzić przeciwaika, który ma ciało - każdy wie,
ale jak walczyć z wrogiem, który składa się wyłącnie z kości ?
- "Ma głowę! - odrąbie mu ją mieczem" pomyślał w ostatniej chwili.
Po długiej zaciętej walce udało mu się pozbawić szkielet głowy.
Z oględzin denata, a konkretniej z ilości mchu na kego nagich kościach
uznał, że delikwent stał się kimś takim dość dawno, przez co nie może
być księciem, ani nikim z zaginionych w dniu wczorajszym.
-"Jak dobrze, że nie zginołem. Jak dobrze że to nie ukochany książe.
Co ja tu robie?! Ja chcę żyć! Czy to zbyt wiele !!!" - myśli szamotały
się po głowie ryceża.
- "Co ja tutaj z tym mieczykiem - i tą tarczą robie?!!!! przecież
Oni mnie... Ach! nie!! Nie mogę myśleć w ten sposób! Muszę znaleźć
księcia i źródło, bo inaczej wszyscy zginą!!!"
Spojżał na potężny topór, który był orężem szkieletu i doszedł do
wniosku, że trzon "siekierki" był równie zmurszały, jak jego właściciel,
dlatego też nie nadawał sie w zastępstwo miecza posioadanego przez ryceża.
Dodawszy sobie otuchy tym, że ewentualny następny przeciwnik może walczyć
czymś co będzie w takikm samym lub gorszym stanie ruszył dalej długim i
ciemnym lochem...